Bieganie

Czy to tu biegnie się te runmagedony? – podsumowanie sezonu.

Zdjęcie powyżej jest tak samo nierealne jak to co zdarzyło się w moim życiu przez ostatni rok.

Wszyscy podsumowują sezon wiec i ja stwierdziłam, że to uczenie (skoro każdy super biegacz tak robi to chyba trzeba). Chciałabym napisać, że był to kolejny mega sezon w mojej karierze ale wiecie co – to był mój pierwszy sezon ?. Tak naprawdę poważniej biegać zaczęłam gdy okazało się że w marcu sekcja lekkoatletyki szuka 4-tej do drużyny na biegi przełajowe podczas Akademickich Mistrzostw Polski Uczelni Medycznych. Dowiedziałam się, że jest to 2km, wiec pomyślałam że luzik (w końcu wychodzę sobie truchtać po 10km to co to dla mnie takie 2). Wyszłam wieczorem i po (jak mi się wtedy wydawało) super profesjonalnej rozgrzewce pobiegłam 2km. Zawrotne tempo 5.15 doprowadziło mnie w ciągu 10 sekund do strefy beztlenowej a po dwóch kilometrach ledwo oddychałam. Jednak – zrobiłam to, przebiegłam 2km w bardzo szybkim tempie (naprawdę tak uważałam po skończeniu tego heroicznego treningu). Zadzwoniłam do kapitan drużyny lekkoatletycznej, ze wchodzę w to i z ciekawości zapytałam jaki powinnam mieć czas. Usłyszałam „4 na minutę ujdzie”. Szybko przeanalizowałam w głowie plan treningowy na 2 miesiące i wyszło mi ze jak będę codziennie trenować to uda mi się dojąc do tempa 4.15 ? (jaka ja byłam naiwna?). Marzec i kwiecień były pierwszymi miesiącami intensywnych treningów biegowych, w międzyczasie dwa razy w tygodniu chodziłam też na kosza. Pod koniec kwietnia pojechałam na te mistrzostwa, oczywiście będąc przekonana ze jestem już praktycznie profesjonalnym biegaczem. W końcu dwa miesiące treningów i całkiem profesjonalny (oczywiście odpowiednio drogi) strój to nie przelewki. I wtedy stał się cud, bo inaczej tego chyba nazwać się nie da. Pobiegłam 2km w równe 8 minut, co zasadniczo nie dało żadnego miejsca ani mi ani mojej drużynie ale dla mnie w tamtym momencie nie miało to najmniejszego znaczenia. Dla mnie te magiczne 8min były równe wygranej na olimpiadzie (no dobra może Mistrzostwach Europy). Wtedy poczułam pierwszy raz euforię z osiągniętego celu, z łamania zyciówki. Poczułam, że bieganie to sport, w którym odnajdę się bardziej niż w każdym innym którego próbowałam dotychczas.
Zaczęłam sobie wiec biegać dla przyjemności w tych wszystkich dyszkach o puchar Wójta Gminy Pcimia Dolnego ?, kręcąc coraz to lepsze wyniki. W między czasie okazało się również, że mam całkiem nieźle podpakowane ręce jak na kobietę i oprócz biegania na asfalcie dość dobrze idą mi biegi przeszkodowe.

W wakacje poznałam wielu OCRowych zajawkowiczów co przekonało mnie jeszcze bardziej, w których chce iść kierunku. Wtedy też wystartowałam pierwszy raz w serii elite (czyli serii dla prawdziwych dzików, choć było to dość odważne posunięcie z mojej strony biorąc pod uwagę że w lipcu nie byłam nawet małym dziczkiem ??). Mimo ze nie udało mi się donieść opaski, co jest jednoznaczne z nie ukończeniem biegu, wyjechałam z Gdańska naładowana motywacja i energią do dalszej pracy nad sobą.

W przypływie szaleństwa zapisałam się też na półmaraton bieszczadzki (który taką stricte połówką nie był bo miał 26km). Oczywiście w momencie zapisywania był to genialny pomysł, w końcu jestem twardzielem tarzających się w błocie – to co trudnego może okazać się w bieganiu po górach. Jak się później okazało – wszystko ?. Moja taktyka – im szybciej pobiegniesz tym szybciej napijesz się piwa na mecie jak zwykle okazała się niezawodna. Co prawda ze dwa razy chciałam zrezygnować z tej wątpliwej przyjemności, niestety przerwanie biegu na szczycie góry nie miało sensu i tak musiałbym sama z niej zejść. Tak więc biegłam przed siebie obiecując sobie, że jest to pierwszy i ostatni start w górach w moim żuciu. Mój debiut w biegach górskich zakończyłam na 2 miejscu w swojej kategorii wiekowej i wiecie co – po tygodniu jak już mogłam sama wstać (bo zakwasy trochę minęły) to postanowiłam ze w 2019 wracam tam po 52 kilometry?.

Ten rok był dla mnie jedną z największych przygód w moim życiu, która dostarczyła mi nie tylko bardzo dużo emocji ale też niesamowitych znajomości. Poznałam tylu wspaniałych biegaczy (i ulicznych i przeszkodowych), że nie starczyłoby tu miejsca gdybym chciała napisać o każdym z nich i o tym co wniósł w moje życie. Chciałabym jednak aby wiedzieli, że to oni napędzają mnie do działania i to oni pokazali mi jak fantastyczny może być biegowy świat.

Sezon kończę szczęśliwa i pełna energii bo wiem, że to dopiero początek czegoś wielkiego w moim życiu ❤️.

Wasza Spraweczka.

„Tylko ci, którzy ryzykują pójście za daleko dowiedzą się jak daleko można dojść.”

T. S. Eliot

Rano biegam w białym fartuchu a wieczorem na treningu – zapraszam do mojego medycznosportowego świata. Lekarz => ortopeda in progress.

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *